O agentach ICE (Immigration and Customs Enforcement) już opowiadaliśmy (odc. 252). Zwracaliśmy uwagę, że agencja, której celem powinno być zatrzymywanie osób nielegalnie przebywających w USA, coraz wyraźniej zaczyna działać jak prywatna policja prezydenta - zamiast poprawiać bezpieczeństwo, wprowadza chaos; zamiast zatrzymywać groźnych przestępców, jak zapewniają jej zwierzchnicy, łapie kogo popadnie, w tym nie tylko ludzi mających prawo przebywać w USA, ale amerykańskich obywateli.
Wesprzyj nas na Patronite! https://patronite.pl/podkastamerykanski
Ostatnio swoją uwagę agencja skierowała na Minneapolis. Czy największe miasto Minnesoty to faktycznie mekka nielegalnych migrantów? Nie, jest ich tam mniej niż średnio w całym kraju. Czy są wyjątkowo groźni? I na to nie ma danych. Czy miasto mierzy się z falą przestępczości? Znów pudło.
Tymczasem do Minneapolis wysłano aż 3000 agentów - to 5 razy więcej niż miejskich policjantów. Ludzie protestują, agenci są niewyszkoleni, a zachęcani przez przełożonych zachowują coraz bardziej agresywnie. 7 stycznia doszło do tragedii - agent Jonathan Ross - zastrzelił Renee Good - 37-letnią kobietę pokojowo protestującą przeciwko działaniom ICE w mieście. Administracja od razu rzuciła się do obrony agenta, odmawiając nawet wszczęcia śledztwa. A wiceprezydent Vance natychmiast powiedział, że Ross cieszy się całkowitym immunitetem, zaś Amerykanie powinni być mu wdzięczni.
Akcja w Minneapolis z pewnością jeszcze długo potrwa. Skoro jednak niewiele wskazuje, że chodzi o łapanie nielegalnych imigrantów i poprawę bezpieczeństwa, to o co tak naprawdę chodzi?